• Śmierć przyszła piechotą!

„Za tym gęstsza w innych salach tłoczyła się ciżba i gorączkowo biło tętno życia. Zapamiętale szalała orgia, aż na zegarze jęła bić północ. I, jak rzekłem, ucichła muzyka i ustały taneczne pląsy; znów zastygło w niepewności wszystko. Dwunastu wszelako uderzeniami zabrzmieć miał tym razem dzwon zegara; i zdarzyło się oto, iż, więcej snadź mając czasu, rozważniejsi z biesiadników w głębszych pogrążyli się zadumach. I snadź z tej samej przyczyny zdarzyło się również, że nim zapadło w cichość ostatnie echo ostatniego dźwięku, wielu z obecnych miało sposobność dostrzec jakąś zamaskowaną postać, której poprzednio nikt nie zauważył. Kiedy zaś wieść o niej wszędy już obiegła szeptem, wówczas śród całego towarzystwa podniósł się pomruk i wszczęło się sarkanie, w którym przejawiało się zrazu zdumienie i niezadowolenie - później lęk, groza i odraza.”




W hotelu „Pod orłem”, którego okna jarzyły się tej nocy ciepłym blaskiem tysiąca świateł, trwał bal. Bal to był nie byle jaki, bo karnawałowy. Damy wchodziły do sali wolnym krokiem w lejących się, eleganckich sukniach z odsłoniętymi plecami i zarzuconych na ramiona futrzanych etolach. Panowie stali pod ścianami w idealnie skrojonych frakach, białych kamizelkach i koszulach ze sztywno wykrochmalonymi kołnierzykami. Każdy w zakrywającej twarz masce, zza której jednym taksującym spojrzeniem, mógł ocenić kunszt swojej konkurencji. A było co podziwiać, gdyż był to bal najbieglejszych spośród mistrzów igły z całej okolicy Bielska-Białej.

 



Zabawa trwała już w najlepsze, gdy na godzinę przed północą pojawił się nieproszony gość. Śmierć przyszła na bal piechotą, wprost od miejscowego fryzjera, którego w ramach dobrego dnia, łaskawie pozostawiła przy życiu. Ubrana nonszalancko, w dodatku bez maski zaczęła krążyć po sali, próbując wyrwać do tańca, co ładniejsze panny. Żadna jednak nie chciała dać się wyciągnąć na parkiet do walca. Zirytowany gość podszedł więc do baru. Po kilku głębszych, zaczął jednak zaczepiać pozostałych gości wulgarnie ich wyzywając i popychając. Na prośby obsługi o opuszczenie hotelu reagował zaś jedynie kpiącym śmiechem. W tych okolicznościach, jeden z urażonych uczestników balu, wyszedł z przyjęcia i udał się na pobliski komisariat w Białej, by poprosić o interwencję. Niczego złego nie przeczuwający dyżurny wysłał posterunkowego Miecińskiego, by zrobił porządek z awanturującym się pijakiem. 

 



Posterunkowy Mieciński dotarł do jasno oświetlonego hotelu „Pod orłem” w niecały kwadrans. Uczestnicy balu powitali funkcjonariusza z prawdziwą ulgą na twarzach licząc na to, że ten szybko wyprowadzi natręta z przyjęcia, a oni będą mogli wrócić z powrotem do przerwanej zabawy. Policjant bez cienia podejrzeń podszedł do baru by wylegitymować nieproszonego gościa. Ten jednak ani myślał reagować na zapytania przedstawiciela władz i dalej spokojnie siedział przy swoim kieliszku. Dopiero gdy policjant podszedł całkiem blisko i położył mu rękę na ramieniu, powoli odwrócił się i wyzywająco spojrzał Miecińskiemu w twarz. Posterunkowemu przez chwilę przeszło przez myśl, że gdzieś już widział to chłodne spojrzenie, lecz nie mógł sobie przypomnieć okoliczności, więc ponownie poprosił intruza o wylegitymowanie się. Nieznajomy uśmiechnął się kpiąco po czym sięgnął za pazuchę, jednak zamiast dokumentów, wyciągnął stamtąd pistolet i strzelił policjantowi prosto w twarz. Zamroczony policjant osunął się na ziemię a nieproszony gość wychylił swój kieliszek i przez nikogo nie zatrzymywany ruszył w stronę wyjścia. Wybiegając z drzwi wpadł jednak na szofera Międzybrodzkiego, który niewiele myśląc powalił go na ziemię. W tym momencie dobiegli do niego jeszcze właściciel hotelu, portier oraz dwóch innych taksówkarzy. Zaczęli bić leżącego na ziemi, aż udało im się wyrwać mu z ręki pistolet. Podtrzymując mocno zamroczonego alkoholem prowodyra strzelaniny doprowadzili go na komisariat. Nie uświadamiając sobie z kim mają do czynienia po drodze tłumaczyli pojmanemu, że po pijaku mógł policjanta niechcący zabić. Dyżurny odebrał złapanemu brauninga, 18 naboi i 30 zł po czym rozpoczął przesłuchanie. Jakież było jego zdziwienie, gdy na pytanie o nazwisko, nieco już otrzeźwiały zatrzymany ze spokojem oświadczył, że nazywa się Nikifor Maruszeczko.


Po tym stwierdzeniu zebrani policjanci wybuchnęli gromkim śmiechem. Oto mieli przed sobą człowieka o całkiem miłej aparycji, który właśnie oświadczył im, że jest poszukiwanym od wielu miesięcy bezwzględnym mordercą. Jednak gdy odpowiadając na kolejne pytania dokładnie opisał przebieg ostatnich 6 napadów na Śląsku spoważnieli.

 



Nikifor Maruszeczko poszukiwany od wielu miesięcy listem gończym, za którego wydanie ustalono nawet wysoką nagrodę, był jednym z najbardziej niebezpiecznych przestępców okresu międzywojennego. Jego bandyckimi wyczynami, policyjnymi poszukiwaniami, a wreszcie procesem sądowym interesowała się cała Polska. Miał na swoim koncie m.in. napad na dyrektora zakładów zbrojeniowych, pocztę, a w planach grabież kolektury Loterii Państwowej.
Po pierwszym zabójstwie, alfonsa Jerzego Rothera i postrzeleniu woźnego sądowego Antoniego Fornalczyka 26 października 1937 roku w parku Kościuszki w Katowicach, trafił na listę najbardziej poszukiwanych osób w kraju. Na miesiąc przed feralnym balem karnawałowym w bialskim hotelu, w nocy z 5 na 6 grudnia urządził strzelaninę w restauracji na Załężu. Tu uczestnicy nie mieli tyle szczęścia. Dwóch gości lokalu doznało ciężkich obrażeń natomiast właścicielka – Wiktoria Gałuszkowa na wskutek odniesionych ran zmarła kilka dni po napadzie.

Ścigany przez starszych przodowników służby śledczej w Katowicach, Krakowie i Warszawie Maruszeczko miał na swoich rękach krew kilkunastu policjantów. W tym okresie prawdopodobnie zabił też przypadkową parę młodych ludzi.

Przez pewien czas miał dużo szczęścia, wymykając się policyjnym obławom. Funkcjonariusze najczęściej szukali go bowiem w tramwajach i autobusach, podczas gdy on zazwyczaj poruszał się pieszo. Nikt nie spodziewał się, że jeden z najbardziej poszukiwanych przestępców sam wpadnie w ręce policji w tak banalnych okolicznościach.

Jego proces rozpoczął się 22 lutego 1938r. Maruszeczko miał w tym czasie zaledwie 24 lata. Rozprawę z zapartym tchem śledziła cała Polska. Ówczesne gazety tak go opisywały: „młody, przystojny, o twarzy raczej łagodnej”. Niewysoki, szczupły, w żadnym stopniu nie przypominał bezwzględnego mordercy, jednak na pytanie dlaczego strzelał do niewinnych ludzi beznamiętnie powtarzał: „kto mnie goni, szuka śmierci”. Nie miał wątpliwości, jaki wyrok zapadnie. W czasie procesu wielokrotnie przeciągał palcami dłoni po szyi. 

Nikifor Maruszeczko został skazany na karę śmierci przez powieszenie. Wyrok został podtrzymany przez wszystkie instancje, włącznie z Sądem Najwyższym. Prezydent nie skorzystał z prawa łaski, mimo bardzo młodego wieku skazanego. Nikifora stracono 8 sierpnia 1938r. Uczestnicy balu maskowego „Pod orłem” do końca nie mogli uwierzyć, że na ich bal zawitała Śmierć we własnej osobie...

 

 

 

Laura M

28 grudnia 2016

Artykuły


 

Korzystanie z portalu oznacza akceptację Polityka Cookies.

Skład Redakcji:

Redaktor Naczelny: 

Janusz Ławecki

Redaktorzy: 


Skład Redakcji:

Redaktor Naczelny: Janusz Ławecki

Redaktorzy:

 

Stowarzyszenie Wolne Siemianowice

To źródło aktualnych i często niewygodnych faktów o Twoim mieście pomijanych przez inne media. Codzienna dawka świeżych informacji z kategorii: społeczne, gospodarka, polityka, sport, kultura i inne. Felietony i ciekawostki z miasta i okolic czyli cykl "U nas w ogródku..." oraz "Co za miedzą piszczy.."

Copyright © 2016 Wolne Miasto Siemianowice 

REKLAMA

WOLNE MIASTO SIEMIANOWICE

FAKTY I WYDARZENIA Z REGIONU

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA